Richard Gasquet znów ma półfinał Wielkiego Szlema

Richard Gasquet znów ma półfinał Wielkiego Szlema

Richard Gasquet po morderczej pięciosetowej walce z Davidem Ferrerem awansował do półfinału US Open, co jest wyrównaniem jego największego osiągnięcia w karierze i spełnieniem nadziei, jakie się w nim pokłada.

Nigdy nie przepadałem za tenisem prezentowanym przez tych dwóch panów, Gasquet i Ferrer to gracze solidni do bólu, pracowici, waleczni, ale również przeciętni, bez polotu, przewidywalni. Być może Francuz ze swoim jednoręcznym bekhendem i wyśmienitą grą przy siatce sprawia lepsze wrażenie, jednak dla mnie to wciąż za mało by zachwycać, a tak właśnie miało być, miał budzić powszechny zachwyt. Richard Gasquet, syn trenerów tenisa, szkolony od czwartego roku życia na wielkiego zawodnika, wielka nadzieja Francji na triumf w Roland Garros, swego czasu najlepszy junior świata, triumfator juniorskiego French Open i US Open, w karierze seniorskiej jednak niespełniony, poza półfinałem Wimbledonu z 2007 roku, bez wielkich osiągnięć. Z kolei David Ferrer to dla mnie przykład na to, że ciężką pracą i wytrwałością można w tym sporcie osiągnąć wiele. Być może taki zawodnik nigdy nie będzie numerem jeden, nie będzie wygrywał turniejów wielkoszlemowych, ale jego przygotowanie, mentalność i upór są imponujące. Znana jest wszak historia z początków trenowania tenisa przez Hiszpana, kiedy jego trener Javier Piles zamknął go za karę w ciemnym pomieszczeniu o chlebie i wodzie, jako że nie przykładał się wystarczająco do pracy. Chociaż zły na szkoleniowca Ferrer rzucił po tym zdarzeniu treningi, to po tygodniu wrócił, wznowił je i trenuje pod opieką Pilesa do dziś. Zrozumiał widać z tej lekcji to, co szkoleniowiec w dość nietypowy sposób chciał mu przekazać.

Spotkali się w ćwierćfinale, choć być może taki mecz zasługiwał na większą rangę turniejową. Kiedy grają z Nadalem, Djokovicem, Murrayem, zwykle są bez szans, a pojedynki te nudzą swoją jednostronnością. Natomiast, gdy zawodnicy o podobnej charakterystyce stanęli naprzeciw siebie, rozgorzała prawdziwa wojna. Ferrer miał przed tym spotkaniem korzystny bilans z Gasquet, 8-1, wszystko wskazywało więc na to, że Hiszpan będzie stroną dominującą i owszem był, ale dopiero po dwóch przegranych setach, w których Francuz grał koncertowo. Gasquetowi udało się jednak to, co niemal niemożliwe, zmęczyć Ferrera i co ważniejsze nie przegrać z samym sobą. Wygrał ten mecz w pięciu setach 6:3, 6:1, 4:6, 2:6, 6:3 i został pierwszym Francuzem od czasu Cedrica Pioline w 1999 roku, który dotarł do półfinału US Open.